środa, 4 listopada 2015

Nie-perfekcyjna mamuśka a bezstresowe wychowanie

Pamiętam, jak dziś, swój idealny, wyimaginowany obraz dorosłości, mojej własnej rodziny. Zawsze była tam harmonia przepełniona miłością, zrozumieniem i spokojem. Obok mnie był MĄŻ, ten idealny, szanujący mnie i kochający nasze dzieci. Dzieci, no właśnie - one były jeszcze bardziej idealne niż cały ten obraz. Nie było pyskowania, płaczu, chęci żądzenia, rywalizacji. Co za cudny obraz. Tak więc zostańmy przy tym wychowaniu.




Wypruwam sobie żyły, mój mózg rozpala się do czerwoności, czytam wszystkie możliwe poradniki na temat bezstresowego wychowania dzieci, nie biję i co?? Daleko mi do perfekcyjnej matki a moim dzieciom do tych książkowych. Ciągle jednak bezstresowe wychowanie to mój niedościgniony wzór.




A może kary i nagrody?? 





Stosowałam metodę kar i nagród. Nawet zaczęło się sprawdzać i dzieci nieco poprawiły swoje zachowanie. I nagle wpadł mi w ręce artykuł pewnej pani psycholog dziecięcej, że metodą ta jest zupełnie do bani, bo należy stosować jedynie metodę nagród ( 😆😖😡😓😒)!!!!!!

Tylko nagrody??? 

No to zmieniamy. Od tamtej pory stosujemy tylko nagrody. Chyba najbardziej z tego cieszą się chłopcy. Po krótkim przemyśleniu dochodzę do wniosku, że metoda ta jest również o dupę rozbić, bo skoro jeden nie dostaje nagrody, to automatycznie jest to dla niego kara!!!

Czyli same bzdety. Ale skoro nic innego, mądrzejszego nie wypadło mi w ręce, to dalej stosujemy metodę kar i nagród.

Może jednak stawianie dzieci na równi z nami??

Aż tu pewnego dnia oglądam sobie telewizję i słucham wywodu jednego "znawcy" dziecięcego wychowania i dowiaduję się, że dzieci należy traktować na równi z sobą, żeby czuły się ważne i szanowane, wtedy bezstresowe wychowanie będzie szło, jak z płatka.
Nie zastanawiając się nad niczym, zaczynam siąść się do porad "uczonego".
Gdzieś tam wyszperałam i ze trzy razy przeczytać musiałam, że "uczony" dzieci swoich nawet nie posiada, ale znawcą nazywać się śmie. Myślałam, że największą wiedzę czerpie się z własnego doświadczenia,ale chyba się myliłam.

Nie będę mówić, co z tego wyszło. Dzieci czuły, że mogą w domu więcej aniżeli ja. Do kosza z tą metodą!!! Idioctwo !!!.

Nie bić? Dzieciństwo bez klapsa??

Najważniejsze to nie bić. Tak, tu się zgodzę, tylko jaka jest definicja bicia?? Każdy pewnie, podobnie jak i rację, ma swoją. Przyznam z ręką na sercu, że w przeszłości zdarzyło mi się dać dziecku klapsa. I o ile wszyscy dookoła przekonywali mnie, że nic złego się nie stało, że dzieci nie krzywdzę, to jednak czułam się z tym źle. To ja przez kolejny tydzień nie potrafiłam zasnąć, a w nocy budziły mnie wyrzuty. Bo przecież jakie ta kara cielesna miała skutek, jak wyglądało to z punktu widzenia dziecka??
Dla mnie przegrywałam wtedy na całej linii. Dziecko nie może się bronić, nie może oddać, czuje poniżenie. Tak więc, pomimo reakcji wielu znajomych, że tylko taki sposób wychowania chłopców jest w stanie zmusić ich do odpowiedniego zachowania - bez nacisku, samowolnie, po przemyśleniu, zrezygnowałam z tego.  W tym momencie byłam z siebie cholernie dumna!!!



Jedno słowo - konsekwencja......



Dobra, przyznam się na koniec. Konsekwencja. Tak, to jest to, czego mi cholernie brakuje. To konsekwencji za cholerę nie potrafię się nauczyć. Jestem niemalże pewna, że przez brak konsekwencji, miewam upadki wychowawcze. Codziennie z tym walczę, uczę się na nowo. Chłopcy natomiast są moimi najlepszymi nauczycielami, którzy codziennie testują, jak daleko mogą się posunąć. Może gdybym doszła do tego wniosku wcześniej, to na dzień dzisiejszy byłabym na końcu drogi wyrabiania u chłopców dobrych zachowań, ale człowiek uczy się na błędach, a ja nawet na trzech :)
Moim największym marzeniem jest nauczyć się NIE krzyczeć i znaleźć złoty środek wychowawczy...czy to za dużo?


Najważniejsze, że nie biję i bić nie będę!!!!