niedziela, 2 sierpnia 2015

Samolubna jestem, czyli pozytywny aspekt bycia samotną matką...

Niedzielny poranek. Dzieci smacznie śpią. Piękny obrazek. Po obchodzie po pokojach usiadłam wygodnie na kanapie w salonie i doszłam do genialnego wniosku. Bycie samotną mamuśką to dla mnie pozytywny aspekt życie - zdecydowanie. Wiem, wiem, zaraz ktoś powie, że to bardzo samolubne myślenie, ale co mi tam, to moje myślenie i mam do tego pełne prawo.

Doświadczam tym, że czasem bywa ciężko w pojedynkę. Przez okres tych pięciu lat, i po dwóch nieudanych próbach założenia modelowej rodziny, zdążyłam przekonać się na własnej skórze, czym to się je.Zdaję sobie sprawę z tego, że dziecko powinno mieć ojca, ale przecież czasami jego brak jest mniejszym złem. Czasem brakuje tego taty, ale na dzień dzisiejszy fantastycznie zastępują go wujkowie i cudowny dziadek. Nie zarzekam się, że tak będzie do końca, bo kiedyś może spotkam tego odpowiedzialnego faceta, z którym będę chciała dzielić się i dziećmi :P Na razie jednak od kilku lat odpoczywam psychicznie a nie widać, by moje dzieci doświadczały jakichś efektów ubocznych zaistniałego stanu.

Co sprawia mi największą satysfakcję i napawa mnie dumą, jak pawia?? Fakt, że moje dzieciaczki rozwijają się superancko,że są inteligentne, nie mają problemów w szkole. A to wszystko dzięki MNIE! To JA ich wszystkiego nauczyłam - pokazałam, jak się pisze literki, jak się jeździ na rowerze (córkę nauczyłam samodzielnie od A do Z, synowie podłapali szybko i sami sobie byli nauczycielami) czy kopania w piłkę. To ja z nimi układam Lego, bawię się w piratów, złodziei i policjantów (już mi nie przeszkadza, że zawsze przypada mi rola czarnego charakteru).  To ode mnie wiedzą, co to jest miłość, szacunek, przyjaźń. To ze MNĄ poznają świat, przechodzą przez życie.

Kiedy jest im źle, kiedy mają swoje problemy, kiedy przeżywają radości i rozterki życiowe,przychodzą do mnie. Jestem dla nich pocieszycielką, przyjaciółką, ochroniarzem czy osobistym psychologiem. To do MNIE mogą się wtulić, razem płaczemy, razem się śmiejemy.  

Absolutnie nie przeszkadza mi, ze na Dzień Ojca maluję sobie wąsy kredką do oczu. Że odbieram kartki z życzeniami na dzień ojca i układam je na równi, na półeczce, z kartkami na dzień matki. Dzielnie znoszę uszczypliwe pytania znajomych/nieznajomych.

Ciężko jest, kiedy chcesz dzieciom zapewnić "dom rodzinny", taki na własność, taki nasz, tylko nasz. Jednak i tu znajduję trochę pozytywizmu...Sama zrobię wszystko, by im to zapewnić. Z nadzieją patrzymy w przyszłość. A dzieciaczki tylko mnie do tego bardziej motywują. Codziennie, dzięki moim dzieciom, odkrywam w sobie nowe pokłady niespożytej energii.

A wiecie co jest najlepsze?? Nie muszę się tą satysfakcją, dumą i rezultatami mojej ciężkiej pracy dzielić z nikim. Nikogo o nic nei muszę się pytać. Sama podejmuje decyzje i to jest tylko i wyłącznie mój życiowy sukces. Tego nikt mi nie odbierze. A i w moich dzieciach, do końca życia, taki obrazek pozostanie w pamięci. Dla nich to ja będę wzorem do naśladowania, dowodem prawdziwej miłości i wytrwałości. Czy to dobrze? Jestem przekonana, że tak, a sama zrobię wszystko, by tak było.W przeciwnym razie nie wylewałabym siódmych potów i, nie mówiąc nic, nadal siedziałabym cicho w toksycznych związkach.

To szczera, święta i stara prawda, że MIŁOŚĆ do dzieci może zdziałać cuda!!!